Priorytety

Jadę pociągiem.
Na przeciw siedzi młode małżeństwo, z rozmowy wnioskuję, że w trakcie wykańczania własnego domu.
Na zewnątrz zimowa sceneria skąpana w słońcu przykuwa wzrok. Las jak z bajki.
Dziewczyna patrzy przez okno i po chwili się odzywa
- Spójrz, jak pięknie... jeszcze niedawno gorączkowo szukalibyśmy aparatu, żeby to uwiecznić... a dziś patrzę na to i myślę .. kurwa.. przez ten śnieg znowu nam szamba nie wykopią.. Jak to się zmieniają priorytety...
Chłopak pokiwał głową i objął ja ramieniem.

- Witajcie w dorosłości - pomyślałam - to dopiero szambo...

Dzień Palenia Świec

Czekam na ten dzień cały rok.
Na to podskórne czucie z ponad i z poza..
Na ten dzień, w którym niebo pochyla się nad umęczoną ziemią..
Obejmuje..
Obiecuje..

Moje najważniejsze święto..


Obecność

" Prosiaczek wspiął się na paluszkach i szepnął:
- Puchatku...
- Co Prosiaczku?
- Nic - rzekł Prosiaczek, biorąc Puchatka za łapkę - chciałem się tylko
upewnić, czy jesteś. "

Anioł w autobusie

Chłopiec w czerwono-grafitowej kurtce miał szczuplutką buzię i długie rzęsy.
Zaczarował mnie. Nie mogłam oderwać od niego wzroku.
Kręcił się przez chwilę.. wstawał, siadał, rozglądał po autobusie.. wyglądał przez okno.. później wsunął rękę w dłoń siedzącej obok matki i przytulił głowę do jej rękawa. Nasze spojrzenia spotkały się i przez moment patrzyliśmy sobie prosto w oczy.
Nie był speszony.. może trochę zdziwiony.
Uśmiechnął się, a ja poczułam ciężar na ramieniu...
jakby właśnie przysiadł na nim anioł..

Sezon na anioły

Pociemniało, poszarzało. I mimo, że krótkie dni jeszcze wyjątkowo łaskawe, to wieczorny, wilgotny chłód skrada się pod same okna. Znów zapalam świece , próbuję  rozpachnieć szarość imbirową herbatą w kubku z owieczkami. Zasuwam kolorowe rolety na zapłakane deszczem szyby.
Na próżno. Nie udaje się rozproszyć późnojesiennego nastroju.


Myślałam, że to wystarczy.. że mogą być lekarstwem te cztery ściany i sufit nad głową.  A jednak, mimo że  na parapecie moje kwiaty, na stole moja bambusowa misa z moimi jabłkami i mój kot na kolanach.. to nie moje miejsce.. nie ma tu mnie..
Ściga mnie pustka, kroki odbijają się echem.. Snuję się w tej samotności, ani zdrowa, ani chora.. sprawdzam palcem grubość kurzu na półkach, a po piętach depcze mi poczucie tymczasowości i beznadziei. Czuję jak macki tęsknoty oplatają mnie coraz szczelniej.

W radiu po raz kolejny Tears in heaven i znów zbyt mało powietrza na oddech.. Czy będziesz znał moje imię..? Czy weźmiesz mnie za rękę..?


Dokładnie wyrabiam ciasto z mąki i soli.. rozstawiam słoiczki z farbami.. przygotowuję pędzelki..
Złoty anioł puszcza oczko, ruda anielica macha stópką, przeciąga się uśpione w skrzydłach maleństwo.. wyglądają nowego towarzysza.
Ten będzie na pogodę.
Przyklejam mu uśmiech, maluję kalosze energetyzującą pomarańczą. Może uda mu się zatańczyć w listopadowym deszczu..

Bywaj zdrów

Skończyłam podstawową terapię.

Za mną pięć kursów chemii, na której wspomnienie ciągle robi mi się niedobrze i trzydzieści frakcji naświetlań, której skutki uboczne będę odczuwać jeszcze jakiś czas.

Nic to. Najważniejsze, że na dzisiaj koniec również z codziennym, przygnębiającym widokiem tego, co rak potrafi zrobić z człowiekiem..  że póki co, koniec z  koszmarnym samopoczuciem, chronicznym zmęczeniem i wszechogarniającą sennością..
Upajam się odpoczywaniem.

Za mną też rozmowa z Dr.Prowadzącym, z której nic nie wynikło, bo, to czy terapia przyniosła jakieś efekty, czy nie, to się okaże za jakiś czas i dopiero wtedy będzie można myśleć o kolejnym kroku w leczeniu.. czyli to samo, niezmienne od pół roku - nie wiadomo co.


Więc co przede mną ..?

Życie..
Krótkie..
Albo długie....

W ciszy słowo płakało...

Ludzie, ludzie, ludzie.. po horyzont.
Jedni śpiesząc się gdzieś, w przelocie zapalali znicz... inni przystawali w zamyśleniu i zadumie..
Ktoś kryjąc twarz w dłoniach pytał - dlaczego..
Ja już nie pytam.. wiem, że nie jestem w stanie zrozumieć żadnej odpowiedzi..

Pięknie, słonecznie i złoto.
Nielistopadowo.
A jednak zimno.. przeszywąjące zimno w środku, nie mające nic wspólnego ze wskazaniami termometra.
Serce jak kostka lodu..

Nie poznaję już Twoich kolegów i koleżanek.. Kojarzę niektórych rodziców, ale ich samych już nie.. Czy poznałabym Ciebie, gdybyś stanął przede mną starszy o te trzy lata..?
To takie miłe i wzruszające, że pamiętają.. Bezcenne, bo z każdym rokiem jest ich coraz mniej...

Obejrzałam się odchodząc. W ciemnościach rozświetlony cmentarz wyglądał jak miniaturowe miasto. Pięknie, ciepło i kolorowo, ale brakowało mi atmosfery zapamiętanej z dzieciństwa - zapachu gorącego wosku i jasnej łuny na niebie..
A za bramą ? Stoiska ze słodyczami, kolorowe baloniki i świecące kwiatki. Grill-Bar, golonka, kiełbaski z rożna.
Rozglądałam się za karuzelą...

Winny

Ten, który uważał, że zakaz wjazdu jest dla frajerów..
Ten, który nie widział potrzeby ustąpienia pierwszeństwa na przejściu dla pieszych, bo był większy..
Ten, którego jedynym wytłumaczeniem było, że nie widział, nie wiedział, nie myślał..
Ten, który przez trzy lata wchodził na salę rozpraw z wysoko podniesioną głową i patrzył mi prosto w oczy..
Ten, który ani razu nie powiedział - przykro mi..

Temu człowiekowi w końcu powiedziano, że to nie jest tak...
Usłyszał, że jest winny śmierci mojego dziecka..
Zdziwił się...

Skończyło się.. Doczekałam..
Nic nie czuję.. ani ulgi, ani gniewu..
Pustka..
Nie wiem tylko, skąd mam jeszcze tyle łez...

Cmentarna melancholia

W niedzielę długo chodziłam po cmentarzu. Za murem śpieszyło się życie, trąbiły samochody, nawoływały dzieci.. a tu jakby zatrzymał się czas.. spokój.. zaduma..  złote refleksy na kamieniu.. nie chciało mi się tam wracać.
Wstałam od grobu Młodszego i poszłam w przeciwnym kierunku, niż zwykle. Słońce prześwitywało przez gałęzie drzew i układało świetlne mozaiki na chodniku.. myśli szeleściły jak samotnie opadające liście.. wspomnienia raz po raz trącały smutną nutę jesiennej, złotej melancholii w sercu.. a ja szłam.. szłam.. szłam..
Mijałam dziesiątki przeróżnych pomników.. tablic.. drewnianych krzyży pokrytych łuszczącą się farbą. Jedne zatrzymywały mnie na chwilę, inne ledwie dotykałam wzrokiem.. Porażała mnie ich anonimowość. A przecież za każdym napisem kryło się czyjeś życie.. każdy z nich był wśród nas. Miał jakieś marzenia, pragnienia, kolor oczu.. Był ukochanym dzieckiem swoich rodziców.. dorastał.. popełniał błędy.. kochał i był kochany.. miał przyjaciół i wrogów.. przeżywał swoje smutki i radości.. by ostatecznie stać się pozycją w ewidencji cmentarza..
Ilu znajomych.. przyjaciół.. bliskich.. już nie ma pod numerem telefonu.. Ilu ich odeszło zostawiając nas w rozterkach i bólu, że można było coś lepiej.. coś bardziej.. coś w ogóle.. A teraz możemy tylko przyklęknąć, zapalić lampkę i wierzyć, że jest takie "gdzieś", gdzie są szczęśliwi.. W ten czas wspomnień i zadumy spróbować ich sobie przypomnieć i uzmysłowić, że śmierć jest nierozerwalnie związana z naszym życiem..
A czas płynie.. zamazuje twarze.. ileż  coraz rzadziej odwiedzanych alejek w starej części cmentarza...

W ramionach Morfeusza

Jestem nieopisywalnie słaba..

Śpię.. śpię.. śpię.. Od rana do wieczora i od wieczora do rana, z przerwą na wizytę w szpitalu. Może to wina wyczerpującego leczenia, może pogody, może.. nie wiem czego. Nie mam siły i nie radzę sobie z tym.
Wszyscy mówią, że to w porządku. Że organizm potrzebuje odreagować i odregenerować codzienne dawki promieni i chemii. Że kumuluje siły do dalszej walki. Jest mi wszystko jedno.. chcę tylko spać.
Zamykają mi się oczy.. opada głowa.. czuję się jak w przedsionku....

Dr.Prowadzący dołożył mi dziś kilka naświetlań i chemię.. Dotychczasowe nie przyniosły spodziewanych efektów.

Spać..

PS. Ani razu o ludziach z poprzedniej notki, ( w odróżnieniu od tych wszystkich tak zaciekle ich broniących i tak ochoczo wysyłających na tamten świat) nie pomyślałam, że są umierający. Wręcz przeciwnie,z całego serca życzę im długiego, szczęśliwego i zdrowego życia i jedynie dlatego irytuje mnie to, że w moim przekonaniu nie pomagają ani lekarzom ani sobie w osiągnięciu tego zdrowia. Nie ma w tym żadnej wrogości. Daleka też jestem od odmawiania "ostatniego papierosa", ale mam nadzieję, że żadnej ze znanych mi osób z oddziału chemioterapii dziennej,  to nie dotyczy. Oni wszyscy są tam po to, żeby się leczyć i wyzdrowieć. Nie zaglądałam na oddział paliatywny i nie pisałam o nim.  Na szczęście nie muszę się nikomu z niczego tłumaczyć, bo .. nie mam ani siły ani ochoty.
Acha, najbardziej wzruszyły mnie komentarze typu, że na pewno nie wiem o czym piszę i obym nigdy nie musiała się zmierzyć z chorobą nowotworową. Ha ha ha. Dziękuję. Tym "wiedzącym".

Bohaterzy z onkologii

Paliłam wiele lat i wydawało mi się, że to lubię. Udało mi się przeprogramować. Nie palę, ale wiem jak to jest i nie jestem fanatycznym wrogiem palaczy. Jednak to, co widzę w szpitalu jeży mi włosy na głowie. Wstrzymując oddech przemykam przez kłęby dymu przed budynkiem. Mijam skulone, opatulone kocami postacie na balkonach, bynajmniej nie łapiące energii z promieni słonecznych..
Przy drzwiach oddziału pacjent uwieszony na kroplówce z chemią, nerwowo gniecie paczkę papierosów w kieszeni szlafroka.. inny prosi o odłączenie, bo musi zapalić..
33 letnia matka trójki dzieci z nieoperacyjnym rakiem narządów rodnych beztrosko wyciąga Marlboro, bo przecież płuca ma zdrowe..
Młody mężczyzna z rakiem kości tak zaawansowanym, że pękają mu żebra, kiedy zbyt gwałtownie kładzie się do łóżka na pytanie, dlaczego wciąż pali odpowiada - bo to nie od tego..
Banalne dowodzenia nieszkodliwości w stylu, że ich dziadkowie, ojcowie,, wujkowie (niepotrzebne skreślić) palili całe życie i nic im nie było. Jakby zupełnie ślepi na to, że im już coś jest. Chwilowi herosi.. pseudobohaterzy leczący raka z papierosem w zębach
Nie potrafię zrozumieć takiej nieodpowiedzialności, niefrasobliwości, głupoty..
Cisną się na usta określenia ogólnie uznane za obraźliwe.. Dorośli ludzie..  to jakich argumentów użyć w stosunku do palących nastolatków ?? Młodych, zdrowych i przekonanych o swojej nieśmiertelności ??
Brak mi słów.

Złośliwość

Niedawno czytałam "Antyrakowy dekalog" K. Krauzego. Porównywałam swoje przemyślenia i obserwacje (w większości te sprzed sześciu lat, obecnych nie ma co porównywać) i kiwałam ze zrozumieniem głową, a później przeczytałam, że należy się z rakiem zaprzyjaźnić.. że należy być mu wdzięcznym..

Mam być wdzięczna ?
Za bezsenne noce mojej matki ?
Za strach w oczach mego syna ?
Za przespane dni i przerzygane noce ?

Nie, nie będę się z nim zaprzyjaźniać ani polubiać. Niech go sobie pan Krauze dopieszcza i hołubi.  Ja zamierzam utrudnić mu życie nie mniej niż on mi.

Chemia nieźle daje mi w kość.. jakby było mało, uaktywnia się odczyn popromienny, a przecież to nawet jeszcze nie połowa serii. Wkurza mnie. Nienawidzę jak coś mną tak poniewiera.. wtedy też potrafię być złośliwa. Skurwiel nie wie z kim zadarł.