Trudne decyzje

Piję kolejną kawę, rozglądam się wokół. Bałagan. Ktoś gdzieś myje okna, ktoś piecze pierniczki, ktoś właśnie wyszedł po choinkę. Ja siedzę w totalnym bałaganie, piję kolejną kawę i .. podejmuję decyzje.
Jest mi cholernie ciężko. Wyjątkowo długo udało mi się w tym roku nie widzieć radosnych dzieci w świątecznych reklamach, nie słyszeć "dżingejbeli" w każdym sklepie a metalowy, świecący drapak w biurze zamiast choinki, nie budził żadnych emocji. Ale mimo,że nawet wczorajsza firmowa wigilia dość szybko przerodziła się w moje urodzinowe przyjęcie, a gromkie sto lat zagłuszyło grające w tle kolędy, to przecież za kilka dni święta..
Mogę, tak jak w ubiegłym roku zamknąć drzwi i wyłączyć telefon. Mogę te dni przepłakać i tym samym sprawić, że kilka osób, które mnie kochają, też będzie płakać. Przeze mnie.
Nie muszę sprzątać, piec pierników ani ubierać choinki. Ale mogę spakować w walizkę kilka rzeczy moich i Starszego i pojechać do mojej mamy. Mogę jej powiedzieć, że ją kocham. Mogę ją przeprosić, że sama cierpiąc zostawiłam ją na tak długo samą z jej cierpieniem.. a przecież ona też jest matką.
Nie chcę kiedyś powiedzieć, że nie zdążyłam, bo byłam zbyt skoncentrowana na swoim bólu.
Nie będą to święta ani wesołe, ani szczęśliwe, ale może się uda, żeby były przynajmniej spokojne..
Żeby moje dziecko odbierając swój prezent od Niebieskiego Mikołaja, mogło do niego powiedzieć z dumą - Spójrz tam.. widzisz.. ? To moja mama. Jest bardzo dzielna..

Jest taki dzień...

Wieczór pełen ciepła, miłości, pięknej muzyki i wierszy... Pełen magii...
- To ta chwila i to miejsce,kiedy wasze dzieci są wśród nas. Kiedy niebo łączy się z ziemią... Możecie je zawołać, powiedzieć jak bardzo je kochacie..
Każde słowo trafiające prosto w serce. I mój syn patrzący na mnie spod ołtarza. I płonące serce z lampek. I łzy. Mnóstwo łez. Żalu i bólu. Ale też wzruszenia. Bo On tam był. Tańczył z innymi Aniołami pod sklepieniem kaplicy. Czułam Go całym sercem. Widziałam całym sercem.
- Nie bójcie się łez. To nieprawda, że one ciążą waszym dzieciom. Im juz nic nie zaszkodzi. One są szczęśliwe. Płaczcie. Łzy mówią: kocham i tęsknię. Łzy oczyszczają i uzdrawiają..
Już drugi raz przeżywałam ten cud. Dzień Palenia Świec. Dzień Wszystkich Zmarłych Dzieci. Dzień, który mojemu dziecku zastapił urodziny.. imieniny.. Mikołajki... Dzień najważniejszy w ten trudny, grudniowy czas...

Słowa jak kamienie

Ubiegły rok szkolny Starszy po prostu zawalił. Mimo, że była to jego wymarzona szkoła. Mimo, dostać się tam wcale nie było łatwo. Mimo, że i ja i on byliśmy strasznie dumni, że mu się udało. Mimo, że wierzyliśmy, że oto właśnie zaczął spełniać swoje marzenia. Zawalił. Pozwoliłam. Usprawiedliwiałam i jego i siebie. Nie wymagałam żeby dawał sobie radę, bo sama sobie nie radziłam.
W tym roku miało być inaczej. Wierzyłam, że jest inaczej. Nie było wagarów, nie było znikania z domu na całe dnie.. widywałam go z książką i .. cieszyłam się. Wspierałam i powtarzałam, że jestem z niego dumna.
Byłam. Dopóki nie zadzwonił telefon ze szkoły z informacją, że Starszy został zawieszony w prawach ucznia.. Dopóki nie została obnażona moja głupota i naiwność.
Dopóki nie padły słowa - dla ciebie lepiej by było, żebym to ja wpadł pod tego tira !
Zmroziły mnie.. mimo przeprosin... już padły..

Przecież dzieci nie umierają..

Czasem widzę matkę, czasem ojca, krzyczących na swoje większe czy mniejsze dziecko. W sklepie, w autobusie.. na ulicy. Spuszczona, mała główka.. oczy pełne łez..
Ile razy miałam chęć potrząsnąć taką kobietą.. Wziąć za kołnierz i zaprowadzić na cmentarz. Pokazać mamę Pawełka.. Piotrusia.. Paulinki.. Pewnie by nie zrozumiała..
Nie tak dawno ja też nie wierzyłam, że dzieci umierają.. Nawet wtedy, gdy gryzłam palce do krwi, siedząc pod salą operacyjną.
Myślałam wtedy o wszystkim. O długotrwałym leczeniu, o rehabilitacji.... o możliwym kalectwie.... O wszystkim, tylko nie o tym, że On może umrzeć. Nawet wtedy, gdy bezduszna aparatura pokazywała gasnące serduszko, rozpaczliwie nie wierzyłam. Jak to - umiera ?!? Przecież to silny, zdrowy chłopiec !!! On tylko miał wypadek !!!
Tak naprawdę nadal nie wierzę. Czasem sobie wmawiam, że wyszedł do sąsiedniego pokoju. Zajął się czymś bardzo, dlatego nie słyszy jak go wołam. Nie przyjdzie.. ale to nic, jeszcze chwila i ja pójdę do niego.. Przykucnę na podłodze, obok pochłoniętego budowaniem wieży z klocków ślicznego chłopca, potargam mu jak zawsze blond czuprynkę i powiem - hej, Kochanie, stęskniłam się potwornie, przytul się do mnie...

Do Was

Chwilę potrwało, zanim otrząsnęłam się z szoku spowodowanego nagłym wzrostem popularności tego bloga. Myślę, że jestem winna kilka słów wszystkim, którzy tu zaglądali, komentowali, wysyłali do mnie maile. Wielu z Was pytało o mojego starszego syna, dlaczego o nim nie piszę.
To nie dlatego, że stał się dla mnie nieważny. Jest ważny. Najważniejszy.
Ten blog to tylko jedna strona mojego ja. Nie przesądzająca o całości. Powstał w najtrudniejszym momencie mojego życia. Najtragiczniejszym, najbardziej bolesnym i chyba mającym największy wpływ na moją dalszą egzystencję..(świadomie nie używam słowa życie).
Na pozór jestem normalną kobietą. Pracuję, spotykam się ze znajomymi, chodzę na piwo, śmieję się ze Starszym.
Nie mam wyryte na czole, że zginęło moje dziecko, że wariuję z rozpaczy.. nie obnoszę się się ze swoim bólem, nie wymagam dla siebie żadnej taryfy ulgowej.
Ale ten ból jest.. toczy serce jak robak. I dlatego powstał ten blog. Dla zaspokojenia potrzeby wykrzyczenia, wypłakania się, wyżalenia. Po prostu dla mnie. Mój konfesjonał. Moja ściana płaczu. Oczyszczalnia.
Może kiedyś będę potrafiła napisać o starszym synu, o trudnej miłości, na którą też jest miejsce gdzieś na krawędziach mego życia, albo chociażby o tym, co ugotowałam dziś na obiad.
Dziś jeszcze nie potrafię.

Codziennie mam 1 listopada..

Gdyby nie te przepełnione autobusy.. gdyby nie ten tłok przed bramą cmentarza.. gdyby nie ten tłum na cmentarnych alejkach i telewizyjne helikoptery nad głową..
gdyby nie ognista łuna na nocnym niebie, byłby to dla mnie taki sam dzień jak wczoraj.. jutro.. za tydzień..
Dzień jak co dzień.
Zaciśnięte usta i wyjące z bólu serce..

Na sali 1162

Na salę rozpraw wprowadziło go dwóch policjantów. W ławkach pełna obstawa moralna - żona, brat, ojciec, syn..
Ani na chwilę nie spuścił głowy.. ani gdy rozkuwali mu ręce, ani gdy był odczytywany akt oskarżenia.
Bo dlaczego miałby to robić ?? Przecież on nic nie zrobił !! Jest niewinny !! A skoro jest niewinny, nie było mowy o art 387.
Więc będzie kolejna sprawa..
i jeszcze jedna..
i jeszcze...

Chcę zasnąć..

Najgorsze są weekendy. Samotne i puste wieczory. 
Tłukę się po mieszkaniu jak dzikie zwierzę po klatce. 
I wyję. 
I wciąż nie wierzę, wciąż nie umiem się poukładać. 
Nie godzę się na rozpaczliwie puste ramiona. Nie umiem nauczyć się tej ciszy. Nie potrafię stłumić tego krzyku - Gdzie jesteś ?!?!
Nad ranem zmęczona przeklinaniem Boga zapadam w krótki, nerwowy sen.. 
Kilka godzin później znowu pytam - jak to możliwe, że taki ból nie zabija ?? Dlaczego to cholerne serce nie pęka ??
A później przychodzi poniedziałek. Dobieram uśmiech do bluzki, poprawiam włosy, pudruję sińce pod oczami i stawiam czoła reszcie życia.
Dziękuję.. wszystko w porządku.. nie, nic nie trzeba.. oczywiście, że się tym zajmę..
I tylko coraz częściej myślę, że potrzebuję czegoś na sen.
Całą garść czegoś na sen..

Tęsknota czterech pór roku

Przeżyłam bez Ciebie już wszystkie pory roku.. a jakby żadnej nie było. Ból czerwony od krwi, dziś tępy i głuchy.. ale wciąż jest.. Czasem próbuję przedrzeć się przez niego z uśmiechem do Ciebie.. Przepraszam, że tak marnie mi to wychodzi..
Czas niczego nie wyleczył, nie jest w stanie wypełnić tej pustki. Na dnie serca, jak zadra ciągle tkwi niepewność. Czy naprawdę nie dało się nic zrobić ? Czy nie poddali się za szybko ? Dlaczego powiedzieli - pani dziecko umiera, zamiast ratować Cię do końca ? Tysiące dlaczego bez odpowiedzi..
Wciąż śpię z Twoją pluszową sową.. w szafie leży Twoja ulubiona bluza.. w łazience, w niebieskim kubku szczoteczka do zębów..
Czekanie zastygłe w powietrzu gęstym od bolesnej tęsknoty
Mimo, że minęły wszystkie pory roku..

Ostatnia prosta ?

Kolejna rozprawa. To już trzecia, na której oskarżony się nie stawił. Miała go doprowadzić policja, a ta nie dość, że nie doprowadziła, to nie pofatygowała się nawet z żadnym wyjaśnieniem. Sędzia odebrał to chyba jako osobisty afront, bo zawziął się, że ten raport od nich wydostanie. I to tu i teraz. Wydostał. I wykorzystał go jako podstawę do wystawienia listu gończego i nakazu aresztowania na 3 m-ce.
Później długo i szczegółowo tłumaczył zawiłości procedur.. żebym, jak to określił, nie dziwiła się, dlaczego tak się z tym "bawi".
Znowu czekanie.. tym razem na telefon, że go znaleźli i można wyznaczyć kolejny termin sprawy.

Dzisiaj umrze mój syn..

W tamtym roku nie padał deszcz..
Wczoraj grał w piłkę na podwórku, jak wracałam z pracy. Podbiegł zmęczony, umorusany i szczęśliwy. Przytulił się na chwilę i wrócił do kolegów. Był bramkarzem.. 

Później, już wykąpany i pachnący opowiadał o wrażeniach znad jeziorka, gdzie był z koleżanką i jej rodzicami. Martwił się, czy trener zwolni go z treningów, bo przecież on za kilka dni wyjeżdża w góry..
Taki zwyczajny wieczór.. Nic nie zapowiadało, że to ostatni zwyczajny wieczór.
Że nie będzie już żadnych gór, a trener położy mu klubowy szalik na trumnie, zwalniając ze wszystkich treningów..
Że dzisiaj po śniadaniu dam mu 2 zł na lody i już nic, nigdy nie będzie zwyczajnie..

Po co ..?

Tonę w sprawach do załatwienia. Przestałam już nawet zapisywać je w komórce, bo nie przestawałaby piszczeć. A tu jeszcze Starszy ma problemy.. muszę pójść z nim do lekarza, moje badania okresowe, nie wspomnę o kontrolnych, których termin minął kilka miesięcy temu. Na głowie remont i włosy, z którymi już należałoby coś zrobić. W dodatku wzięłam sobie dodatkową pracę, bo nie tylko w sprawach tonę.. a jutro będę miała gościa. Najważniejszego gościa, chociaż bardzo spóźnionego. Nie umiem się cieszyć..
Rano stwierdziłam pustkę w cukierniczce i torebkę z cukrem zamiast nad nią przechyliłam bezpośrednio nad kubkiem z kawą. Nawet nie od razu się zorientowałam.. Jestem zmęczona.
I tylko gdy siadam przy grobie Młodszego.. patrzę na tablicę z miejscem na moje imię, myślę sobie.. po co to wszystko...?