Być u siebie

Lubię wracać.
Nawet z takich miejsc, na wyjazd do których czekam z niecierpliwością.
Bez żalu zostawiam klimatyczne uliczki, małe kafejki, zaczarowany czas przesiąknięty wielką historią..
I wracam..
Kot biegnie na przywitanie, ociera się o nogi, mruczy z wyrzutem.
Zaciągam rolety, włączam swoją lampę, robię herbatę w swoim kubku, siadam przy swoim stole..
W zasięgu wzroku mam powieszone moją ręką  fotografie, na półkach moje książki..
Jestem u siebie.
Zawsze chciałam to mieć.

Swoje cztery ściany na wyciągnięcie ręki... podłogę stabilną
i sufit....
Choćby i tak popękany ja ja..

Krok do przodu, dwa w tył..

Wstaję o barbarzyńskiej godzinie 4.30
Środek nocy.
Dosypiam w pociągu, nawet nie próbuję czytać.

W parku wiewiórka miga rudą kitą głośno cmokając.
W holu pachnie kawą.. od kiedy w szpitalu pachnie kawą ?
Na korytarzach miękkie kapcie rozpoczynają szurający spacer.
Po gazetkę, po ciasteczko, po kawę..

Czekam.. lekarz zejdzie dopiero po obchodzie.

Otwiera się winda. Wyjeżdża łóżko w obstawie pocieszających i uspokajających pielęgniarek. Dziecko jest tak drobne, że prawie go nie widać.. spocona blond czupryna, grymas bólu.. może mieć najwyżej 10 lat..
Nie mogę oderwać wzroku od wykrzywiającej się w podkówkę buzi.
- Spokojnie chłopczyku - szepce serce - spokojnie mój mały, zaraz ci pomogą.. wstaniesz i pobiegniesz grać w piłkę.. to minie.. wytrzymaj..
Łóżko turkoce coraz dalej.. obraz się rozmywa..

Ciągle mam go pod powiekami. Wynoszę ten obraz ze szpitala, wiozę metrem i pociągiem.. rozmyty łzami.

Czasem już mi się wydaje, że przepłakałam, przecierpiałam, a wystarczy taki moment z buzią cierpiącego dziecka i znowu wiem, że wciąż jestem w drodze. A jeśli dziecko chociaż trochę przypomni mi Młodszego..

Wszystkie slogany o łaskawym czasie, pogodzeniu, pierdoły, że kiedyś będzie lepiej... biorą w łeb.

To tylko teoria..

Mgnienie

- Spójrz tam,  widzisz ? Ten szary ptak.. widzisz ? To czapla.
- Widzę ! A ja wiem jak się nazywa samiec czapli.
- Jak ?
- Żuraw !

"Słońce się z żalu w chmur zasłonę tuli"

Cień śmierci
Kładzie się przez środek lata..

Dusza ochładza się, sztywnieje..

Jak wyglądałoby moje życie, gdyby tamtego dnia nie było ?
Gdyby tamten kierowca nie zignorował zakazu skrętu,
Przejścia dla pieszych..
Gdybyś nie miał dzisiaj dziesięciu lat...

Jak wyglądałoby moje życie..? Twoje ? Nasze ?

Cisza.
Śmiertelna.
Najstraszniejsza z cisz.

Widzenie

Czasem Cię widzę.
Właściwie to bardzo często.
Tak naprawdę, to bez przerwy.

W autobusie
Jak przyciskasz buzię do szyby
Na huśtawce w parku,
Przy stoliku w pizzerii,
Między blokami,
gdzie jest trochę miejsca na kopanie piłki

Widzę Cię w każdym dziesięciolatku.
Chociaż Ty sam już dawno byś nie pamiętał
Jak to jest być dziesięciolatkiem..

Paraliżujące paradoksy

Życie się toczy
Chociaż się skończyło..

Czas płynie
Chociaż się zatrzymał..

Rzeczy się dzieją..
Chociaż nie nadążam, nie ogarniam, nie przyswajam..
Chowam się w kąt,
Zamykam oczy...
Zatykam uszy..

Jestem
Chociaż mnie nie ma...

Zapada mrok..

To, gdzie emocjonalnie tkwiłam przez ostatnie lata,
to było straszne miejsce..
przerażające i porażające..

Tak bardzo nie chciałam już tam wracać..
Myślałam, że się uda..
Przecież ten rok był lepszy.. jaśniejszy.. lżejszy..

Ale nie należy igrać z losem..
Właśnie złapał mnie za włosy i ciągnie z powrotem
Głośno wyklinając, że ważyłam się...

Znów ziemia przestaje być oparciem dla stóp..

Budzi się chaos..
ogarnia i wypełnia..
Nie wystarczyło nie być..
Wrócił czas.. świadkowie.. dowody i wnioski..
Nieprzyjazny sędzia..
Znajomy, nieprzemijający ucisk w okolicy serca.

Bezradność. Bezsilność. Ból..

Z nieobecnością w tle

To był zwyczajny rok.
Bez szczególnych wzlotów, ale też bez spektakularnych potknięć.
Zwyczajny.
Z zapachem wolności na górskich szlakach,
smakiem szpitalnej zupy,
spotkaniami i rozstaniami..

Z ciągle i wszędzie obecną nieobecnością..

Światełko

Znów zamrugał dziś świat.
Wołam Cię światełkiem.
Łza zmienia płomyk w kolorową tęczę,
Z jednej strony ja, z drugiej....
Nie ma Cię..
Coraz dłużej Cię nie ma..

Nie umiałam dziś nie płakać.

Jarzębina pod oknem zakończyła już swój opętańczy taniec.
Cicho, ciemno i zimowo..
Czasem odnajduję w tej ciszy piękno i spokój,
Dziś..  tylko
Samotność i tęsknotę..

Brak

Chybotliwie migocą płomyki świec,
Pachnie wanilią i czekoladą,
Cicho śpiewa Joe Dassin,
Kot przeciąga się leniwie i mruczy do wtóru,
W kubku paruje imbirowa herbata..

Jest miło i przytulnie..
A wcale nie jest..

Czegoś brak.
Brak jest ciężki, zimny i smutny..
Ma długie, giętkie palce, które zwinnie owijają się wokół szyi
I głębokie oczy, w których wszystko dokładnie się odbija..
Zbyt dokładnie..

Jaka róża, taki cierń..

Najpierw jest tylko czarna dziura i pewność, że już nic i nigdy..
Każdy dzień od pierwszej do ostatniej minuty spowity ta sama rozpaczą..
Mijają miesiące i w końcu raz na jakiś czas można pomyśleć o czymś innym..
Po kilku kolejnych latach wspomnienie tamtego dnia nie jest pierwszą myślą po przebudzeniu..

Pozornie..
To nieprawda, że czas leczy..
Niczego nie leczy..
Ale otula.. opatruje.. uczy żyć i przeżywać..

A potem listopad spływa smutkiem po szybach..
Starszy wyprowadza się do swojego dorosłego życia...
Trzy lata po odczytaniu wyroku, z sądu przychodzi zawiadomienie o wyznaczeniu terminu rozprawy z apelacji...

I wszystko bierze w łeb.. cofa się, rozdrapuje, przewraca..
I czas jest bezsilny...

Myśli krążą wokół Ciebie..

Ulotność chwili zamknąłeś w małej dłoni,
niedokończone ważne sprawy,
przerwane życie...
w bezkresie znika tęcza..

Los wyboru nie zostawił..

Przerzucam fotografie..